|
Antoni Dudziński, kapitan żeglugi wielkiej
O chorobie morskiej - na luzie
Warszawa, 26 listopada 2004 r. |
|
Choroba morska daje się we znaki i tym pływającym na małych "łupinkach", i tym na wielkich statkach. A swoją drogą nie czytałem jeszcze chyba wypowiedzi żadnego kapitana ż.w., który opisywałby swoje przeżycia z tym związane. Być może moi koledzy sądzą, że nie wypada kapitanowi przyznawać się do takich słabości. Ja jednak już "wyrosłem" z kompleksów, chcę zatem nieco na luzie opowiedzieć Wam o swoich przeżyciach i refleksjach z tym związanych. Być może będą one także wskazówką dla tych, którzy w czasie żeglugi nadal jeszcze oddają hołd Neptunowi...
Podstawowa chyba różnica polega na tym, że my na statku pracujemy. Nikogo zatem tak specjalnie nie interesuje, czy marynarz czuje się źle czy dobrze, czy co chwilę biega do ubikacji lub wychyla się za burtę. Pracę trzeba wykonać, na wachtę trzeba przyjść. Mój pierwszy sztorm zaliczyłem jeszcze jako student, płynąc na statku w ramach swojej praktyki morskiej. Przyznam się, że byłem bardzo ciekaw, jak to jest, kiedy statek "kiwa" i nie mogłem doczekać się takiej przygody. Statek był masowcem, 14-tysięcznikiem o długości około 150 metrów i szerokości 20 metrów, a więc dość spory i w zasadzie mało podatny na niewielkie fale. Czekałem więc na swój "wielki sztorm" i słuchałem na ten temat rozmaitych opowieści zawodowych marynarzy i oficerów. Warto też wiedzieć, że byłem na tej jednostce zamustrowany jako jedyny praktykant pokładowy. Na statku płynęło natomiast kilka pasażerek. Starałem się zrobić na nich wrażenie doświadczonego wilka morskiego, któremu nie straszne sztormy, choroba morska itd. Opowiadałem o niesamowitych przechyłach, ogromnych falach zalewających całą nadbudówkę... No i doczekałem się. Nie pamiętam już, gdzie to było, chyba na Morzu Północnym. Około godziny 14 na morzu zaczęły pojawiać się coraz wyższe spienione fale, najpierw więc obserwowałem z zachwytem, jak dziób zapada się w dolinie, a potem podrzucony wysoko potęgą morskich fal unosi się do góry. I znowu opada, wyrzucając spod siebie dziesiątki ton wody w postaci wspaniałych fontann zalewających pokład dziobówki. Podczas przechyłów wzdłużnych nie odczuwałem żadnych sensacji i zaczynałem być z siebie dumny. Co więcej, patrzyłem z satysfakcją na pasażerów, którzy bledli, pocili się, szybko zbiegali do kabin. Taki byłem wredny! Po wykonaniu zwrotu statek zaczął kołysać się na burty. Stałem sobie na mostku, trzymałem się silnie poręczy na forszocie i obserwowałem jak skrzydła mostku wędrują wysoko w niebo, a następnie opadają, jakby miały zanurzyć się we wzburzonym morzu. Zbliżała się godzina 15, pora statkowego podwieczorku. Podszedł do mnie oficer wachtowy i przyglądając mi się uważnie zapytał: - No i jak się czujesz?Z uczuciem ulgi wybiegłem ze sterówki i omal nie spadłem po schodach prowadzących na dolne pokłady, bo akurat statek przechylił się mocno na lewą burtę. Moje gwałtowne wybiegnięcie "na podwieczorek" zwróciło uwagę wachtowych, ale nic nie powiedzieli. Zamiast do mesy popędziłem oczywiście na dolny pokład główny, gdzie znajdowały się łazienki. Wciąż jeszcze rozważałem, czy poddać się i skłonić nad muszlą klozetową, czy zacisnąć zęby... Coraz bliższy tego drugiego wariantu biegnąc korytarzem i obijając się o ściany wpadłem na starszego marynarza, który zawołał: - No Antek, biegniesz sobie porzygać?Natychmiast zwolniłem kroku, przywołałem na twarz wymuszony uśmiech. - Ja??? Ależ skąd! Biegnę na rufę popatrzeć na fale!Zmuszony własnym kłamstwem do zachowania pozorów pobiegłem na pokład rufowy, a potem natychmiast zawróciłem. Czułem, że niczego bardziej nie pragnę, jak pochylić się nad sedesem. Z rufy nie chciałem tego robić, bo okna kuchni wychodziły właśnie na rufę i mogli mnie stamtąd widzieć. Tymczasem mój starszy kolega, napotkany wcześniej marynarz właśnie znajdował się w pomieszczeniu łazienek, gdzie mył sobie ręce i pogwizdywał wesoło. Przyczaiłem się na korytarzu i myślałem w duchu: - Niech ten kretyn wreszcie stamtąd wyjdzie!Oblewał mnie zimny pot, czułem, że za chwilę nie wytrzymam i zwymiotuję na korytarzu. Wreszcie nadarzyła się okazja, marynarz wyszedł i ja wpadłem do łazienki... Spoglądając ponuro w muszlę klozetową kołyszącą się wraz z całym statkiem musiałem przyznać w duchu, że nie wytrzymałem, że uległem chorobie morskiej tak samo jak ci pasażerowie, z których wcześniej tak się śmiałem. Doznałem chwilowej ulgi, postanowiłem więc ratować pozory. Umyłem się szybko i dostojnym spacerowym krokiem poszedłem do mesy na podwieczorek, chociaż jedzenie nie było mi teraz w głowie. Moja nieobecność na posiłku w mesie mogłaby jednak budzić podejrzenia, czego za wszelką cenę chciałem uniknąć. Zwróćcie uwagę, jaki byłem głupi, zarozumiały. Przecież tak naprawdę załodze było obojętne, czy choruję, czy nie. Traktowali mnie jak małolata, który struga bohatera. Może to jednak dobrze, że byłem tak ambitny? Nie wiem. Zauważyłem, że pasażerów w mesie nie ma, natomiast obrusy są mokre (ta metoda moczenia obrusów zapobiega ich zsuwaniu się ze stołów). Kilku członków załogi spożywało biały serek ze szczypiorkiem, a zatem zasiadłem przy swoim stoliku i udając niesamowicie głodnego zabrałem się do jedzenia. - No, myśleliśmy, że nie przyjdziesz - odezwał się jeden z marynarzy.Nie pytałem, o jakich "kilku" chodzi. Spoglądając przez bulaj mesy widziałem raz spienioną kipiel wodną, a za chwilę pochmurne, stalowe niebo. Marynarze gadali sobie o różnych sprawach, ja zaś gryzłem chleb posmarowany twarożkiem i jedzenie stawało mi w ustach. Zastanawiałem się nad pretekstem, który pozwoli mi jak najszybciej zakończyć pobyt w mesie i ponownie odwiedzić w.c. - Idę na mostek, tam fajnie widać morze! - powiedziałem i dopijając herbatę wyszedłem z mesy.Wracając na mostek oczywiście odwiedziłem znajomą muszlę i żałowałem zmarnowanego serka ze szczypiorkiem. - Co tak długo cię nie było? - zapytał II oficer. - Myślałem już, że i ciebie dopadło.Do końca mojej wachty pozostało jeszcze 40 minut. Wiedziałem, że teraz już nie będę mógł zejść ze sterówki pod żadnym pozorem. Patrzyłem na wolno sunące wskazówki zegara... Na mostek wszedł kapitan. Spojrzał na mnie, więc chwyciłem lornetkę i obserwowałem uważnie horyzont. - To twój pierwszy sztorm! - usłyszałem za swoimi plecami głos starego. - No gratuluję! Podoba ci się?Po cichu myślałem sobie: - Dlaczego jego nic nie bierze? Dlaczego on nie wymiotuje? Jestem jednak zwykłym mięczakiem, szczurem lądowym.Minuty płynęły niezwykle wolno, kapitan chodził sobie po sterówce, a ja zaciskałem zęby, bo wiedziałem, że gdybym "puścił pawia" na mostku, byłbym totalnie skompromitowany. Nie mogłem nawet wyjść na skrzydło, bo drzwi były zamknięte ze względu na zacinający deszcz. Marzyłem o tym, by wybiła godzina 16. i żebym znalazł się w swojej koi. Na szczęście miałem pojedynczą kabinę, więc tam będę mógł sobie wymiotować do woli... To było mojej marzenie w tej chwili. Doczekałem się wreszcie tego momentu. Oddanie kolejnego hołdu Neptunowi i położenie się w koi nie sprawiło mi jednak ulgi. Przechyły na dużym statku są nieco inne, niż na jachcie. Statek na małe fale nie reaguje, ale przy dużym sztormie kładzie się majestatycznie na burty. Przechyły dochodzą niekiedy nawet do 35-40 stopni. Jeśli kabina znajduje się na burcie (moja była na prawej), to koja z marynarzem przy każdym przechyle wędruje kilkanaście metrów do góry i w dół. Ponadto człowiek jest rzucany na szot, przewraca się w pościeli na boki. Przy każdym przechyle miałem uczucie, że jelita podchodzą mi do gardła, kiedy to potężna siła unosiła moją koję. Odnosiłem wrażenie, że mózg przemieszcza mi się wewnątrz czaszki. Żałowałem serdecznie chwili, kiedy to zachciało mi się rozpocząć studia w szkole morskiej, myślałem o tym, jak fajnie byłoby teraz spać sobie w domowym łóżku. O godzinie 17.30 czekała mnie kolejna tortura - kolacja. Mogłem oczywiście na nią nie pójść, ale nadal upór i ambicja nie pozwalały mi ujawnić przed załogą, że choruję. W mesie dowiedziałem się, że kilku marynarzy źle się czuje na skutek kołysania, co sprawiło mi niewysłowioną satysfakcję. "A więc nie tylko ja!". Nie mogłem patrzeć na pierożki z grzybami, denerwował mnie widok jednego z oficerów, który wziął sobie dokładkę. Jak ja go wówczas nienawidziłem i jak mu zazdrościłem jednocześnie! Po kolacji zaległem w koi i miałem czas do północy, do następnej wachty. Błagałem wszystkie siły ziemskie i nadprzyrodzone, aby wreszcie zakończył się ten sztorm, czułem się wykończony! A przecież było to dopiero kilka godzin kołysania, to jest nic w porównaniu z kilkudniowymi sztormami, jakie czasem bywają moim udziałem. Ledwo położyłem się w koi, rozległo się pukanie do drzwi mojej kabiny. Otworzyłem i ujrzałem za nimi Bolka, marynarza - absolwenta szkoły morskiej, który już pływał zawodowo od ponad roku i wkrótce miał zostać asystentem. - Przepraszam cię, Antek, chciałem pożyczyć tę książkę, o której mi opowiadałeś. Przeczytałeś ją już?Bolek rozsiadł się w mojej kabinie, dałem mu książkę, ale nie spieszył się z wyjściem. Zaczął opowiadać o czekającym go awansie, o samochodzie, który zamierzał kupić. Słuchałem tego wszystkiego, statek kładł się coraz mocniej na burty, wszystko podchodziło mi do gardła. Miałem dość. Patrzyłem na Bolka, którego to kiwanie wcale nie obchodziło i czułem się gorszy, nic nie wart, beznadziejny. - Coś dzisiaj taki małomówny jesteś - zauważył nagle starszy kolega. - To z powodu tego sztormu? Źle się czujesz?Kolega na szczęście sobie poszedł, a ja wystartowałem w sprinterskim tempie do znajomej muszli. Potem zaś leżałem na koi i zastanawiałem się, jak wytrzymam kolejne 4 godziny na następnej wachcie. Na szczęście około godziny 23 statek wykonał zwrot i kołysanie boczne znacznie się zmniejszyło. Ten mój pierwszy sztorm pamiętam tak dokładnie zapewne z tego powodu, że starałem się ukryć przed załogą swoje słabości i dolegliwości. Ujawnienie choroby morskiej traktowałbym wtedy jako straszną hańbę. Wiem, że dziś brzmi to głupio, ale tak było. Pasażerowie chorowali, wymiotowali, a potem opowiadali w mesie, jak to leżeli i jęczeli, jak okropnie kołysało. Wcale się tego nie wstydzili! Ja jednak nie byłem pasażerem, tylko bądź co bądź członkiem załogi i uważałem, że marynarzowi nie przystoi przyznawać się do tego. Tym bardziej, że wśród pasażerek było kilka dziewcząt i jako ich idol (być może tylko domniemany) nie mogłem się kompromitować. Nie ukrywam, że potem bardzo się obawiałem kolejnych sztormów, bo kojarzyły mi się z opisanymi wcześniej udrękami i cierpieniami. Zapamiętałem wtedy radę, którą wypowiedział kapitan opowiadając o początkach swojej kariery morskiej: "Jak byłem na statku chłopakiem, to stary widząc moje zmagania, krzywe miny, chwytanie się za brzuch itd. powiedział: chcesz rzygać, to sobie rzygaj, ale rób swoje, rób co do Ciebie należy."No właśnie! Może to rada wyrażona w mało wyszukany sposób, ale jakże skuteczna. Najlepszym lekarstwem na chorobę morską jest - moim zdaniem - zajęcie się jakąś robotą na statku. Szybciej biegnie wtedy czas, nie myślimy o tym, jak się czujemy, nie koncentrujemy się wyłącznie na swoich dolegliwościach. Najgorszym rozwiązaniem jest poddanie się, strach, wpatrywanie w kołyszącą się burtę, oczekiwanie kolejnego przechyłu. Jeśli ktoś może spać, to jeszcze pół biedy, ale leżenie w koi i zastanawianie się, czy wymiotować, czy jeszcze poczekać, nie jest na pewno miłe. Podczas sztormu warto jeść, mimo że czasem nie mamy na to ochoty. Lepiej oczywiście potrawy lekkostrawne. Dobrze działają owoce! Trzeba także dużo pić. Zapobiega to odwodnieniu organizmu. Podczas drugiego mojego sztormu piłem zimną, wręcz lodowatą Pepsi i działało to na mnie doskonale. Dobrze robi przebywanie na pokładzie, na świeżym powietrzu. Warto pamiętać, że przy przechyłach bocznych im dalej od osi symetrii statku, tym bardziej dolegliwe może być kołysanie. Być może dlatego na dużych statkach sypialnia kapitana często jest umieszczana blisko linii diametralnej, w środku nadbudówki. I jeszcze jedna ważna rzecz podczas sztormu. Bardzo często zdarzają się na statkach wypadki: złamania, zwichnięcia kończyn, potłuczenia, zmiażdżenia palców. Te ostatnie na skutek włożenia dłoni pomiędzy framugę a zamykające się drzwi. Na jednym ze statków handlowych młody chłopak stracił cztery palce, gdy zamykające się ciężkie strugoszczelne drzwi stalowe uderzyły w jego dłoń. Głupi bezsensowny wypadek i kalectwo do końca życia! Zawsze unikajmy zatem opierania ręki o drzwi, ich framugi, patrzmy, czego się chwytamy, o co się opieramy! Podczas sztormu (a najlepiej w ogóle) nie powinno się chodzić po statku w drewniakach, klapkach, obuwiu bez pięty, na śliskiej podeszwie. Trzeba też zabezpieczyć (zaształować) wszystkie luźne, nie zamocowane przedmioty, aby nie latały po kabinie. Pewien marynarz wszedł do magazynu prowiantowego i dostał w głowę ciężkim, 50-kilogramowym kartonem wypełnionym... mrożonkami. Może to wydaje się śmieszne, ale na skutek uderzenia doszło do pęknięcia podstawy czaszki! Ten człowiek zmarł w szpitalu. Pomijam już fakt, że (przynajmniej dla mnie) bardzo denerwujące jest, gdy podczas przechyłów coś lata po kabinie, słychać brzęki talerzy, turlanie się butelek w lodówce (np. tych od Pepsi, proszę sobie nie myśleć o jakimś barku), grzechotanie czegoś w szufladzie... Dziś sztorm nie wywołuje już u mnie obawy przed chorobą morską. Lubię nawet czasem te przechyły, bo coś się dzieje, nie jest tak nudno. Im bardziej kiwa, tym bardziej ciekawie... Stoję sobie na skrzydle mostku i jadę dziesięć metrów do góry, a za chwilę opadam w dół. W czasie sztormu nadzwyczajnie dopisuje mi też apetyt. Tylko że teraz muszę mieć na myśli ładunek - żeby się nie przesypał na jedną burtę, bo to grozi przewróceniem statku. Sztorm przestał już być dla mnie beztroską przygodą. Na wielkich statkach przechyły są już zresztą odbierane zupełnie inaczej. Opowiadał mi kolega - kapitan, że podczas tajfunu (!) jego statek osiągał przechyły dochodzące zaledwie do 17 stopni. Tyle tylko, że ta łajba miała 300 metrów długości i prawie 40 szerokości! Nawet morzu trudniej rozkołysać takiego kolosa, którego pcha silnik o mocy 40 000 KM. Kiedy jednak patrzę podczas kołysania na młodych marynarzy i widzę ich zbolałe miny, przypominają mi się moje pierwsze przygody z chorobą morską. Tylko, że oni jakoś nie krępują się okazywać swoich słabości. W czasie sztormów mesa wyludnia się, widzę masowo łykane aviomariny i inne wynalazki. Odsuwam się zawsze od takich ludzi, bo ... no sami wiecie. Kiedyś odsunąłem się przezornie od pewnej nawet dość ładnej pasażerki i dzięki temu uniknąłem prania swojej odzieży. Tak serio, choroby morskiej nie należy się wstydzić. To taka sama choroba jak każda inna. Jeśli ktoś na nią cierpi, to wcale nie znaczy, że jest mięczakiem, słabeuszem, cieniasem, itd. Po prostu tak reaguje jego organizm. Mądra życzliwa załoga, a przede wszystkim kapitan nigdy nie okazuje choremu potępienia, lekceważenia. Takiemu człowiekowi trzeba pomóc uporać się ze swoimi dolegliwościami, zająć go czymś, a nie przygnębiać stwierdzeniem "o, trochę pokiwało i już wymiotujesz?" Przecież on nie wymiotuje dla przyjemności! A wszystkim, którzy nadal odczuwają sensacje w czasie kiwania dedykuję właśnie ten tekst. Jak widzicie, pewien kapitan, zanim został "starym", też czule obejmował sedes. Tylko, że przyznał się do tego dopiero teraz. Do wszystkiego trzeba dorosnąć! kpt. ż.w. Antoni Dudziński
|
|