|
Antoni Dudziński, kapitan żeglugi wielkiej
Dyscyplina i samodyscyplina na statku i na jachcie
Warszawa, 14 listopada 2004 r. |
|
Szanowni Koledzy Żeglarze,
Bardzo się cieszę, że mój tekst, a właściwie komentarz do artykułu o właściwościach manewrowych statków wywołał takie zainteresowanie. Rad jestem przede wszystkim dlatego, że nie są Wam obojętne sprawy bezpieczeństwa na morzu. Obiecałem Panu Jerzemu Sychutowi, że co jakiś czas coś napiszę, jeśli oczywiście moje teksty na coś się przydadzą i będę miał chwilkę, a nie sterczał na mostku... No właśnie, sporo Waszych emocji wywołała kwestia opisywanych przykładów, kiedy to oficer wachtowy rzekomo idzie oglądać mecz, a statek płynie sobie sam sterowany autopilotem. Otóż dodam jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Będą one zarazem pretekstem do poruszenia nowego wątku - dyscypliny na statku, w tym także na jachcie. O tym jednak za chwilę. Ja nie twierdzę, że każdy oficer jest ideałem. W mojej pracy zdarzały mi się różne przypadki naruszenia obowiązków przez oficerów. Bywało, że musiałem kogoś zdrowo o... no powiedzmy: obtańcować. Warto jednak wiedzieć, że oficer nawigator, a w szczególności oficer wachtowy jest naprawdę pod stałym nadzorem kapitana. W pełni zgadzam się tu z Panem Jaromirem Rowińskim. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że za statek, bezpieczeństwo załogi i ładunku odpowiadam ja, kapitan. W moim interesie leży więc stworzenie takiej dyscypliny pracy, by oficer wiedział, że nie pozostawiam go na mostku i zdaję się całkowicie na jego umiejętności. Pomijam już sytuacje, kiedy to regulamin i kodeks morski nakładają na mnie obowiązek osobistego prowadzenia statku. Wówczas oficerowie na mostku zmieniają się, a ja stoję tam niekiedy nawet 24 albo 36 godzin bez przerwy. Gdybym jednak poszedł sobie spać i coś by się stało, natychmiast zostałbym za to obwiniony przez armatora, izbę morską itd. I słusznie! Nawet jednak wtedy, gdy statek płynie na nieograniczonym akwenie, zaglądam co pewien czas na mostek. Sprawdzam pozycję, patrzę na oficera, by sprawdzić czy wszystko z nim jest OK, kontroluję pracę urządzeń. Ten oficer doskonale zdaje sobie sprawę, że gdybym tak wszedł na mostek i go tam nie zastał, konsekwencje byłyby dla niego bardzo surowe. Nie tylko ja, ale żaden odpowiedzialny kapitan nie toleruje czegoś takiego. W dzisiejszych czasach wystarczy jeden raport do armatora i taki oficer mógłby się pożegnać z pracą. Dyscyplinarne wyokrętowanie kogoś ze statku to nie tylko utrata pracy, ale i poważne konsekwencje finansowe. Nadzór nad oficerem polega zresztą nie tylko na kontroli jego obecności na mostku, ale także na ocenie jego pracy jako nawigatora. Dobry kapitan stara się poznać umiejętności oficera, bo wtedy wie, czy może mu trochę zaufać, czy też musi go pilnować na mostku. Jeśli oficer ma dyplom od niedawna i małe jeszcze doświadczenie, to po prostu jestem na mostku przez całą jego wachtę. Nie po to, żeby go ciągle strofować, ale po to, by czegoś go nauczyć. Nie potrafię położyć się do koi, kiedy wiem, że na górze jedzie ktoś, kto niewiele jeszcze potrafi (przepraszam za żargon, chodzi mi oczywiście o mostek i prowadzenie statku). Dobry kapitan stwarza zatem taką dyscyplinę na statku, iż żadnemu oficerowi nawet nie przyjdzie do głowy zejść ze sterówki. Nie wspominam już o oglądaniu meczu, ale nawet o pójściu do pentry w celu zrobienia sobie kawy. Słyszałem wprawdzie o kilku przypadkach opuszczenia mostku, w tym jeden raz na polskim statku, kiedy to oficer pozostawił na nim tylko młodego marynarza wachtowego, poszedł do kabiny i po prostu zasnął, spożywając przedtem sporą dawkę alkoholu. Tyle tylko, że za ten występek pożegnał się z prawem pełnienia funkcji oficerskich na okres 5 lat! Podobny los spotkał niemieckiego oficera, który podczas nawigowania w wąskim przejściu... zajmował się bardziej sternikiem, niż statkiem. Wprawdzie sternik był kobietą, co jakby uzasadnia to naturalne zainteresowanie, ale Seemt (niemiecki odpowiednik izby morskiej) nie miał dla niego litości. Czy warto jednak analizować plotki, kłócić się o to, czy są prawdopodobne, czy też nie? Ja nie zastanawiam się, czy tak być mogło, jak opowiada komuś znajomy, wujek, kolega. Podobnie, jak nie potrafię wykluczyć, że jakiś mąż wyrzucił żonę przez okno, ktoś utopił w wannie teściową itd. Wszędzie zdarzają się ekstremalne patologiczne przypadki, ale mądry człowiek nie uogólnia na tej podstawie, że kiedyś usłyszał o jednej podobnej historii. Nie wolno na tej podstawie wyciągać wniosków, że tak jest, że to reguła. Oficerowie doskonale zdają sobie sprawę z możliwych konsekwencji za tak rażące naruszenie dyscypliny pracy. Wtedy nie ma litości ani ze strony kapitana, ani armatora, ani organu prowadzącego dochodzenie. Groźba utraty dyplomu to naprawdę nie są żarty! Faktem jest, że czasem kapitan wbiega na mostek w stroju niezupełnie... wyjściowym, czyli, jak to ktoś określił (cyt.) "w gaciach". To chyba zupełnie naturalne. Jeśli telefonuje do mnie wystraszony oficer, to nie będę się golił, ubierał, wiązał krawata! Wtedy cenna jest każda sekunda. Inna rzecz, że kiedy po takim incydencie patrzę w lustro, najczęściej jestem zdegustowany wyglądem swojej... fryzury. Każdy włos w inną stronę, jak to ktoś powiedział mi kiedyś: "jakby piorun uderzył w szczypiorek". Mostek to jednak nie rewia mody. Wolę, by załoga uśmiechała się z powodu moich rozwianych włosów, aniżeli miałbym przyjść za późno. Wspominałem już w poprzednim artykule, że dobry oficer zawsze wzywa kapitana, gdy ma jakiekolwiek wątpliwości odnośnie bezpieczeństwa żeglugi. Tę bardzo istotną zasadę polecam także Wam, w czasie wachty na jachcie. Nigdy nie miałem do nikogo pretensji, że wezwał mnie na mostek. 1000 razy wolę to, niżby miał zadecydować sam! Nie jest żadnym wstydem ani hańbą zwrócenie się w wątpliwej sytuacji do dowódcy jednostki, który wszak powinien być wśród załogi najbardziej doświadczonym nawigatorem. Kiedy już zostałem kapitanem, wyznam Wam szczerze, iż czasem żałowałem, że nie mogę już w sytuacji, kiedy robi się gorąco - zatelefonować do starego i zdać się na jego wiedzę i umiejętności. To ode mnie oczekiwano decyzji i ja musiałem ją podjąć. Dyscyplina na statku to kwestia bardzo ważna. Jestem przekonany, iż niejednokrotnie trudniej jest utrzymać prawidłową dyscyplinę kapitanowi jachtu, aniżeli statku handlowego. Podkreślam od razu, że wcale nie uważam, iż żeglarze lekceważą swoje obowiązki. Nic z tych rzeczy! Po prostu inne są relacje pomiędzy kapitanem i załogą statku handlowego, a troszkę inne pomiędzy żeglarzami na jachcie. Statek handlowy jest naszym miejscem pracy. Mimo, że sporo oficerów i kapitanów to pasjonaci morza, żeglugi, nawigacji, to jednak mustrujemy na ten statek przede wszystkim dla pieniędzy. Nie ma w tym zresztą nic złego; piosenkarze i aktorzy też śpiewają i grają dla pieniędzy, a nie tylko dla przyjemności. Na statku handlowym panuje więc jasno określona zasada podległości, hierarchii służbowej. Kapitan ma prawo surowo karać wszelkie naruszenia dyscypliny i powoduje to poważne konsekwencje dla załogi. Wszystkie zasady postępowania określone są w regulaminach. Armator we własnym interesie nie toleruje dyletantów, obiboków, leserów itd. Na jachcie ludzie przeważnie są dlatego, iż po prostu pasjonują się żeglarstwem, chcą oderwać się od codzienności, spędzić wśród wiatrów i fal kilka wspaniałych tygodni. Kapitan jest często ich kolegą, rówieśnikiem, kumplem. To w jakiejś mierze utrudnia wymierzanie sankcji, karanie itd. Zresztą trudno wyobrazić sobie miły rejs jachtem, na którym załoga jest skłócona z kapitanem i ze sobą. To zaprzeczałoby samej idei dobrego wypoczynku na morzu pod żaglami. Proszę jednak nie uważać, że jestem zwolennikiem bezwzględnej władzy kapitana, który tylko strofuje, poucza, o... itd. Ktoś taki nigdy nie będzie dobrym kapitanem! W ten sposób nie buduje się swojego autorytetu, pozycji wśród załogi. Jak zatem postępować? To oczywiście tylko moje osobiste uwagi i przemyślenia. Zawsze staram się być skromny i nie pokazywać, że to ja właśnie jestem starym, ode mnie wszystko zależy. Wręcz przeciwnie, potrafię po koleżeńsku rozmawiać z załogą, brać pod uwagę jej zdanie, ale... No właśnie! Po koleżeńsku, z szacunkiem, ale zostawiam sobie zawsze ten malutki margines, który pozwala mi w razie konieczności na podjęcie stosownej decyzji, która już nie podlega dyskusji. Jeśli widzę, że oficer, marynarz popełnił jakiś błąd, to nie krzyczę: "co za dureń z pana", ale spokojnie wyjaśniam i zalecam naprawienie błędu. Często pytam: jakie jest pana zdanie, jak pan zamierza postąpić? I albo jego propozycję aprobuję, albo zmieniam decyzję, ale nie oceniam, nie potępiam. Nie znoszę natomiast oszustwa, kłamstwa, zbytniej pewności siebie, arogancji wobec swojej pracy, jej lekceważenia. Takich ludzi rzeczywiście traktuję bardzo surowo, ale czynię tak w interesie tych wszystkich, którzy płyną razem ze mną, jak również tych, którzy mogą znaleźć się na kursie mojego statku. Rozumiem, kiedy oficer mówi mi: ,nie zauważyłem pławy, nie zgadza mi się charakterystyka je świecenia, mam wątpliwości odnośnie pozycji itd. To wszystko ludzka rzecz. Ja też czasami mam wątpliwości. Jeśli jednak pytam, czy minął już pławę, jakiś trawers, a on robi głupią minę i nie potrafi odpowiedzieć, bo się zagadał z marynarzem, to biada mu! Daleki jestem jednak od pisania raportów do armatora, wniosków o zmustrowanie, ukaranie itd. Robię to tylko w wyjątkowych przypadkach, kiedy ktoś nie wyciąga wniosków ze swoich błędów, powtarza je wielokrotnie. Czasem wystarczy męska rozmowa, może ostra i nieprzyjemna, ale szczera i dająca komuś szansę. Postawa kapitana musi być zatem partnerska, uczciwa, lojalna wobec każdego członka załogi, ale zarazem stanowcza. Nie jest dobrym kapitanem ktoś zbyt "miękki", wahający się, zbyt często zmieniający zdanie. Załoga natychmiast to wyczuwa i po prostu traci szacunek i zaufanie do kapitana. Nie zyskuje się też zbyt wiele nadmiernym "kumpelstwem" kapitana wobec załogi. Opowiadano mi o przypadku, kiedy to pewien kapitan statku starał się być bardzo koleżeński wobec załogi. Bratał się więc z nią jak tylko mógł, przesiadywał w kabinach marynarzy i niejednokrotnie popijał sobie z nimi. No i kiedyś wydał na mostku polecenie marynarzowi: "Stasiu, idź wywiesić sztormtrap". Rzecz działa się w obecności oficera, drugiego marynarza, asystenta... Stasio odpowiedział kapitanowi: "Heniu, coś taki niecierpliwy, nie widzisz, że sobie palę? Wypalę papierosa, to pójdę". Ja wiem, że na jachcie jest trochę inaczej, że tam wszyscy są z reguły "na ty". To nie w tym rzecz, ja też ze znajomymi marynarzami mówię sobie po imieniu. Kapitan może być więc nawet kumplem, ale załoga zawsze powinna wiedzieć, że to on podejmuje decyzje. Te decyzje powinny opierać się na autorytecie kapitana. Kapitan, który chodzi po pokładzie "wstawiony", sam lekceważy np. obowiązek zabezpieczenia załogi przed wypadnięciem za burtę, nie pilnuje wacht, toleruje prowadzenie niewłaściwej obserwacji, nigdy nie będzie dla załogi autorytetem. Być może powiedzą o nim: "Piotrek to fajny koleś", ale nie będą mieli do niego szacunku jako do kapitana. Bardzo ważne jest zatem dawanie dobrego przykładu załodze. Jeśli załoga wie, że ja poważnie traktuję swoje obowiązki, to i ona sama będzie postępować podobnie. To jest właśnie ta samodyscyplina. Pamiętam kiedyś pewnego kapitana Jana. Nazwisko pominę, bo być może nie życzy sobie, bym je podawał. Ja byłem wówczas początkującym oficerem. No i kiedyś zszedłem trochę z wytyczonego kursu, nie uwzględniłem poprawki na wiatr i prąd, a było dość wąsko. Kapitan sprawdził pozycję i powiedział spokojnie, acz z wyrzutem: "Zszedłeś na lewo, a prosiłem Cię, byś uważał". Przyznam, że było mi bardziej głupio, niż gdyby mnie zdrowo o... Na tym właśnie polega autorytet. On był dla mnie autorytetem i szanowałem jego zdanie. Na drugi raz uważałem bardzo, by nie sprawić mu zawodu. A teraz zupełnie odmienny, autentyczny przykład, na szczęście nie z mojego osobistego doświadczenia. Na mostek wchodzi kapitan, wyraźnie "wczorajszy", gapi się mętnym wzrokiem w ciemność za szybami sterówki i po chwili opuszcza mostek, mówiąc do oficera: "trzeci, jedź tak, abyśmy dobrze jechali". Czy ktoś taki może być dla tego oficera autorytetem? Ta sprawa skończyła się zresztą bardzo nieprzyjemnie, bo niedoświadczony młody oficer, adresat tych słów kapitana za godzinę wjechał na mieliznę, rozpruwając 60 metrów poszycia dennego. Nie może być kapitanem ten, kto lekceważy morze, "olewa" przepisy i zasady dobrej praktyki morskiej. Załoga natychmiast to dostrzega i... zaczyna postępować podobnie. Kapitan nie może liczyć, że "może się uda" (przejść zbyt blisko mielizny, kursem wykreślonym na skróty, wyminąć z innym statkiem), że "jakoś to będzie"... Na morzu nie ma "jakoś to będzie". Nie może być autorytetem kapitan, który przez trzy dni nie wychodzi z kabiny ( z koi, na mostek, na pokład), bo ma problemy osobiste, jest czymś "zdołowany" itd. Swoje sprawy i problemy osobiste zostawiany tylko dla siebie. Nie mogą odbijać się na naszej pracy na statku. Kapitan musi umieć powiedzieć "nie"! Mogę zrozumieć, że ktoś ma imieniny, urodziny, ale nie będę tolerował pijaństwa na statku. Jeśli raz na to pozwolę, później już nie będę mógł powiedzieć "nie". Armator ani izba morska też nie znajdą dla mnie zrozumienia, jeśli coś się stanie, a załoga była pod wpływem alkoholu. Niech mówią o mnie, że jestem nietolerancyjny, służbista, bufon, ale na picie nie pozwalam. Jeśli wyczuję od kogoś na mostku alkohol, wyrzucam ze sterówki. Mostek to dla mnie nawigacyjna świątynia. Dlatego przyznam, że przerażają mnie fotki zamieszczane na stronach żeglarskich, na których to zdjęciach widać młodych ludzi z puszką piwa, albo nawet wódkę na stole w kubryku. Na szczęście nie jest takich fotek wiele, ale sam je widziałem. Pamiętam opis wypadku na małym jachcie, kiedy to po wypadnięciu za burtę najmłodszego, niepełnoletniego członka załogi kapitan i pozostali nie byli w stanie wykonać zwrotu i podjąć akcji ratunkowej ze względu na upojenie alkoholowe. Pisaliście dużo o kwestii: czy statek mnie widzi? To oczywiście bardzo ważny problem, ale odwróćmy pytanie: czy każdy żeglarz zawsze odpowiednio wcześnie zauważa statek? Znam relacje i analizy wypadków (polskie i zagraniczne) zderzeń statków z jachtami, z których wynika, że wachta na jachcie "zagadała się" i w ogóle nie zauważyła statku!!! I nie jest w tym przypadku ważne, która jednostka miała pierwszeństwo, kto komu powinien ustąpić z drogi. Niezauważenia statku (albo zauważenia go w ostatniej chwili) niczym nie da się usprawiedliwić! Jeśli mam pierwszeństwo drogi, ale widzę, że jednostka przeciwna nie zamierza mi go ustąpić, to jestem obowiązany sam podjąć odpowiednie kroki, aby uniknąć zderzenia. Tak nakazują nie tylko przepisy, dobra praktyka morska, ale przede wszystkim rozsądek. Te przypadki niezauważenia lub zbyt późnego zauważenia innej jednostki są także rezultatem braku odpowiedniej dyscypliny i samodyscypliny na jachcie. Rodzi się pytanie: czy członkowie wachty byli świadomi swoich obowiązków, czy zdawali sobie sprawę, czym grozi niedbalstwo, lekceważenie swoich powinności? Czy też może liczyli, że "jakoś to będzie", że się uda. A jak postępował kapitan? Czy tolerował takie pełnienie wachty, czy wiedział, jak załoga tę wachtę pełni? Czy miał prawo bezgranicznie ufać swoim żeglarzom? Tym właśnie żeglarzom? Przepraszam za te moje osobiste wywody. Może Was zanudzam? Napisałem powyższe słowa, bo liczę, że być może troszeczkę się przydadzą Wam, Żeglarzom. Morze jest dla nas wszystkich i wszyscy musimy na nim umieć mądrze postępować. kpt. ż.w. Antoni Dudziński
|
|