|
Antoni Dudziński, kapitan żeglugi wielkiej
Polskie morze tonie!
Warszawa, 17 lutego 2005 r. |
|
Marynarz od przedszkola Kiedyś w polskich mediach dość dużo mówiło się o morzu, o żegludze morskiej, o żeglarstwie. Pamiętam audycje Bractwa Żelaznej Szekli, interesujące programy telewizyjne kpt. Krzysztofa Baranowskiego, reportaże z "Pogorii", z "Daru Młodzieży", itd. Wydawane były książki popularyzujące sprawy morskie, zapoznające młodzież z nawigacją, węzłami, statkami, obyczajami morskimi. Jednym tchem czytało się opowieści kpt. Wojciecha Adama Zaczka, komandora Bolesława Romanowskiego i wielu, wielu innych. Na tych książkach, programach i ja się "wychowałem". Pamiętam, że jeszcze w szkole podstawowej uczono nas o tym, że po II wojnie światowej Polska uzyskała ponad 500-kilometrowy pas wybrzeża morskiego, że przed naszym krajem otworzyły się wówczas wspaniałe możliwości, że mamy coraz więcej statków i portów. Wielu młodych ludzi, a nawet dzieci marzyło o pracy na morzu. Zawód marynarza stwarzał perspektywy, dawał szansę na zapewnienie sobie godnego bytu, dawał uznanie społeczne i prestiż. A dziś który mały chłopczyk chce być marynarzem? Jeśli zapytacie, to odpowie, że jak dorośnie, chce być biznesmenem, politykiem... Odrobina historii czyli Polska potęgą morską Kiedy rozpoczynałem swoje pływanie, nasz kraj miał kilku wielkich armatorów statków handlowych (PŻM, PLO, PŻB), statków rybołówstwa dalekomorskiego ("Dalmor", "Gryf", "Odra", "Transocean"), a w każdym porcie, od Helu, Władysławowa poprzez Ustkę, Darłowo aż po Świnoujście istniały przedsiębiorstwa rybackie posiadające po kilkadziesiąt kutrów bałtyckich. Niezaprzeczalny dorobek miało Polskie Ratownictwo Okrętowe (PRO), słynące na świecie z niezwykle trudnych prac przy wydobywaniu wraków, holowań i akcji ratowniczych. Nie wspominam już o "Batorym", a potem "Stefanie Batorym" - transatlantykach, które sławiły nasz kraj, a dla wielu Polaków były właśnie symbolem naszej morskiej potęgi. A zatem Polska rzeczywiście posiadała potężną flotę, jedną z największych w Europie. W latach 70-tych i 80-tych można było zobaczyć na redach Świnoujścia, Gdyni czy Gdańska po kilkanaście statków czekających na rozładunek. Wielokrotnie przy nabrzeżach portowych panował taki tłok, że regularnie cumowało się alongside, czyli do burty innego statku stojącego już przy kei. Dźwigi portowe pracowały dzień i noc. Polska eksportowała mnóstwo towarów. Znany był "most węglowy", którym "polskie czarne złoto", jak to się wówczas mówiło, nasze statki woziły do krajów skandynawskich, do Niemiec, Francji, Hiszpanii, Grecji, a nawet do Japonii. Byliśmy również potęgą promową. Nasze polskie promy kursujące do krajów skandynawskich przewoziły każdego roku setki tysięcy pasażerów, samochodów i wagonów. Stanowiliśmy potężną konkurencję dla skandynawskich armatorów promów. W latach 90-tych, w okresie tzw. transformacji ustrojowej, nagle to wszystko zaczęło być rzekomo nieopłacalne. Armatorzy zaczęli plajtować i w pośpiechu sprzedawać swoje statki. Węgiel nagle "skończył się" i zaczęto zamykać kopalnie. Polski przemysł praktycznie przestał istnieć i nie było już co eksportować, a więc opustoszały porty. Skończył się tłok na redach i przy nabrzeżach. Polskie promy zaczęły być wypierane przez jednostki zagraniczne. Umarła żegluga pasażerska (pomijając tzw. białą flotę). Po wycofaniu "Stefana Batorego" nigdy już nie próbowano odnowić tradycji, a przecież dziś po morzach i oceanach pływają dziesiątki wspaniałych luksusowych "pasażerów", przynoszących zagranicznym armatorom ogromne zyski. Ostał się jeden duży armator, Polska Żegluga Morska, która jednak zmuszona była przeflagować większość swoich statków. Tak więc sława polskiej bandery przestała istnieć, bo polskie statki pływają już pod banderami Panamy... ¨ Dlaczego w Polsce jest za drogo i trzeba pływać pod banderą obcego państwa? A nie prościej byłoby zmienić przepisy i zrobić Panamie konkurencję? Dlaczego to pod polską banderą nie rejestrują się statki niemieckie, brytyjskie itd.? Kiedyś polskim statkom nadawano imiona bohaterów narodowych, polskich miast. Był więc Mickiewicz, Kościuszko, Reymont, Warszawa, Częstochowa, Poznań. To również w jakiś sposób promowało Polskę na arenie międzynarodowej. Potem, dostosowując się, a raczej papugując wzorce zachodnie, zaczęto nadawać statkom idiotyczne nazwy typu "Dolly", "Big king" itd. Upada rybołówstwo. Czy wiecie, jakie ryby jemy? Coraz mniej jest tych złowionych przez polskich rybaków. Jemy ryby złowione przez statki i kutry duńskie, niemieckie, norweskie... Także na polskim morzu! Znany jest przypadek polskich przerdzewiałych trawlerów, których załogi nie miały za co wrócić do domu i spędziły na tych gratach wiele tygodni bodaj w Ameryce Południowej, zanim armator załatwił bilety lotnicze. A zatem Polska dawno już nie jest potęgą morską. Zostaliśmy w znacznej mierze wyparci z rynków frachtowych i pasażerskich przez obcych armatorów. Duża część polskich marynarzy, kształconych w polskich morskich uczelniach, pływa na statkach zagranicznych. De facto polskie uczelnie, za polskie pieniądze, kształcą więc kadrę dla Niemców, Norwegów, Greków itd. Proszę nie zrozumieć, że jestem gorącym zwolennikiem "minionej epoki", bo wiele było wtedy błędów, nieprawidłowości, a gospodarka nieefektywna. Nie jestem jednak również jakimś zapalonym naiwnym "entuzjastą" nie patrzącym realnie na świat. Ci, którzy wierzyli, że Zachód tak nas kocha i podziwia, szybko się przekonali, że kochanie kochaniem, a kasa kasą i że tam potrafią dbać o swoje interesy. Dowodem jest właśnie bezwzględna walka o morze, frachty, połowy, pasażerów. Karygodnym, niewybaczalnym błędem było zmarnowanie dorobku polskiej gospodarki morskiej i sprzedanie prawie wszystkiego za psie pieniądze. Zamiast bronić swoich rybaków, swoich armatorów, Polska dostosowując się "na siłę" do Unii sprawiła, że spora część ludzi morza straciła pracę. Z dnia na dzień nagle prawie wszystko co polskie, stało się nieopłacalne... Nie wiem, czy jest drugi kraj, który tak potrafi zmarnować swój morski dorobek za cenę wejścia kuchennymi drzwiami do (morskiej) Europy. Polskie żeglarstwo Z góry muszę zaznaczyć, że na sprawach żeglarstwa znam się znacznie mniej, niż na żegludze morskiej. Widząc jednak to, co dzieje się w polskim żeglarstwie, mam wrażenie, że i tu sprawy nie zmierzają ku dobremu. Wciąż słyszę i czytam o jakichś sporach organizacyjnych, kompetencyjnych. Ponoć sport żeglarski zamierzano uznać za niebezpieczny! Paranoja! Nie znam dokładnie sprawy, ale sejmowe dyskusje na ten temat napawają mnie obawami, czy znowu ktoś nie wymyśli czegoś, co rozłoży polski żeglarstwo na łopatki. Czytam, że polscy żeglarze starają się zdawać egzaminy w Niemczech, bo tam łatwiej. Czy przepisami mamy ułatwiać życie młodym ludziom pasjonującym się żeglarstwem, czy utrudniać? Mam wrażenie, że w wielu organizacjach żeglarskich sporo jest tzw. działaczy, walczących o stołki, funkcje, kompetencje i przywileje, a mało takich, którzy chcą polskie żeglarstwo rozwijać, propagować wśród młodych ludzi. Oczywiście nie uogólniam i nie chcę nikogo obrazić, ale trudno oprzeć się takiemu wrażeniu. Polskie 500-kilometrowe wybrzeże powinno być prawdziwym rajem dla żeglarzy. Powinny rosnąć jak grzyby po deszczu mariny, przystanie, kluby, stocznie żeglarskie itd. Polskie jachty powinny być sprzedawane na całym świecie. To przecież doskonały interes! Powinna istnieć szkoła polskiego żeglarstwa, bo mamy do tego podstawy i tradycje, a także wielu fachowców. Dlaczego tak nie jest? Zobaczcie, co dzieje się w Chorwacji. Ten kraj potrafił wykorzystać swoje morze, zorganizować czartery jachtów, rozwinąć bazę turystyczną. I nie jest to tylko zasługa tamtejszego klimatu, ale organizacji i chęci, umiejętności wykorzystania swoich zasobów. Zobaczcie, ile jachtów pływa po wodach niemieckich, francuskich. Prawdziwe zatrzęsienie! Tam żeglarstwo jest masowe, jest doskonałym sposobem spędzenia wolnego czasu, rekreacji. W Polsce żeglarstwo staje się ekskluzywne (w złym znaczeniu tego słowa), bo uprawia jest dość wąskie grono pasjonatów i zapaleńców. I chwała im za to! Szkoda jednak, że nie popularyzuje się już żeglarstwa w mediach, że coraz mniej jest książek i że nie ma chyba wcale programów telewizyjnych na ten temat. Oglądając medialną papkę serwowaną obecnie nie znalazłem żadnego takiego programu! Nie brakuje za to komercji, prymitywnych sensacji, kretyńskich teleturniejów, tandetnych filmów, w których krew leje się hektolitrami. Zadaję sobie pytanie, co jest lepsze, bardziej pożyteczne? Propagowanie w mediach zła czy dobra? Czy lepiej, by dzieci obejrzały ciekawy program o morzu, czy bajkę, w której jakiś zachodni potwór odgryza głowę pieskowi? Podziwiać i cenić trzeba zapał tych, którzy poświęcając swój wolny czas, coś żeglarstwie robią dla innych. Mam na myśli np. kpt. Baranowskiego, który cały czas prowadzi szkoły, warsztaty, stronę internetową i robi wszystko, aby jednak żeglarstwo nie umarło, aby zarazić nim następne pokolenia młodych Polaków. Mam na myśli kpt. Kulińskiego, który działa i prowadzi interesującą stronę żeglarską, Pana Jerzego Sychuta i to nie dlatego, że udostępnił łamy swojej witryny dla moich może niezbyt ciekawych artykułów, ale dlatego, że robi coś dla polskiego żeglarstwa i to ze Szwecji! Mam na myśli wszystkich tych, którzy prowadzą witryny internetowe, piszą, dyskutują, a przecież mogliby tego nie robić, lecz leżeć i gapić się w właśnie w tę durną medialną papkę... Chciałoby się powiedzieć słowami Pana Kulińskiego: "Niech żyją wiecznie!". Co będzie jednak, jeśli kiedyś odejdą? Czy Polska stanie się żeglarską ruiną, w której żeglowanie będzie się kojarzyło tylko z wynajęciem jakiejś łódki, na której można urządzić imprezkę i sobie zdrowo popić? Albo skutera wodnego, którym można poszaleć siejąc spustoszenie wzdłuż plaży? Czy przetrwa żeglarska tradycja, która sprawia, iż wielu z nas wciąż ciągnie na morze, chociaż inni rzucają kłody pod nogi? Czy pojawią się nowi autentyczni pasjonaci żeglarstwa? A może żeglarstwo stanie się czystą komercją i wtedy oczywiście przegramy tę nierówną walkę, podobnie jak na rynkach pasażerskich, rybackich i frachtowych? Polska ma wszelkie warunki geograficzne, żeby stać się drugą Chorwacją. Obawiam się jednak, że w gąszczu polskiej niemożności, nieudolności, prywaty, kłótliwości, zawiści i niekompetencji nic z tego nie będzie. Czy polskie morze, polska morska i żeglarska tradycja i dorobek naprawdę toną? To tyle moich niezbyt wesołych przemyśleń. Ciekaw jestem Waszych opinii i serdecznie pozdrawiam. kpt. ż.w. Antoni Dudziński
|
|