|
Antoni Dudziński, kapitan żeglugi wielkiej
Czy kapitan może być zagrożeniem
Warszawa, 10 lutego 2005 r. |
|
W poprzednim artykule napisałem, że "Jesienno-zimowa żegluga dała mi się we znaki i nieraz po 70-80 godzin praktycznie nie opuszczałem mostka. Taki jest właśnie los kapitana wynikający z obowiązku osobistego prowadzenia statku w sytuacjach nasuwających szczególne trudności i niebezpieczeństwa".
Mój kolega poinformował mnie, że na forum pl.rec.zeglarstwo Pan MK Naparty zadał pytanie, czy kapitan po 70-80 godzinach spędzonych na mostku nie jest już tylko zagrożeniem dla statku, załogi i ładunku? Czuję się zobowiązany wyjaśnić wątpliwości, bo być może moje uwagi przydadzą się też kapitanom jachtowym, a osobom, które nie znają zasad pracy na morzu, przybliżą te zagadnienia. Obowiązek osobistego prowadzenia statku Obowiązek osobistego prowadzenia statku przez kapitana w określonych sytuacjach wynika nie tylko z przepisów kodeksu morskiego, regulaminów armatora czy też interpretacji prawa, którego wykładnią są również orzeczenia izb morskich i ich zagranicznych odpowiedników. Obowiązek ten wynika przede wszystkim ze zdrowego rozsądku, o ile kapitan go posiada. Sytuacji na morzu, nasuwających szczególne trudności i niebezpieczeństwa, jest bardzo wiele. Teoretycznie to kapitanowi pozostawia się ocenę, czy w danych warunkach konieczna jest jego obecność na mostku, czy nie. Jeśli jednak w czasie ograniczonej widzialności spowodowanej np. gęstą mgłą dojdzie do zderzenia statków, kapitan nieobecny na mostku w takiej sytuacji automatycznie zostaje uznany winnym! Izby morskie zawsze wtedy wyrażają pogląd, że gdyby kapitan był na mostku, do zderzenia by nie doszło. Podobnie jest z żeglugą w wąskich przejściach, w pobliżu mielizn, na uczęszczanych akwenach. Nie wspominam już o podejściu na redę, rzucaniu kotwicy czy manewrach portowych lub kanałowych, żegludze z pilotem. We wszystkich tych sytuacjach kapitan obowiązany jest osobiście prowadzić statek. Tu nie chodzi jednak tylko o przepisy. Właśnie zdrowy rozsądek i poczucie odpowiedzialności nakazują, abym był na mostku. Nie jestem maszyną Oczywiście, kapitanowi prowadzącemu nieprzerwanie statek przez kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin daje się we znaki zmęczenie, senność itd. Tym bardziej po kilku dobach! To są normalne sprawy. To co napisałem wcześniej, nie oznacza oczywiście dosłownie, że przez 80 godzin non-stop prowadzę statek. Pomijając już inne sprawy, chyba trudno sobie wyobrazić, aby przez 3 doby nie odwiedzić toalety, zjeść choćby kanapki czy napić się kawy. Nie jestem maszyną! To, co opisałem, te kilkudziesięciogodzinne kapitańskie maratony, nie są tylko moim udziałem. Wystarczy poczytać trochę książek. Nie ma chyba kapitana, który sam by tego nie doświadczył. Człowiek potrafi zresztą wytrzymać bardzo wiele. Dlatego śmieszą mnie wypowiedzi niektórych bardzo młodych ludzi, którzy "padają ze zmęczenia", bo byli w nocy na imprezie. W moich studenckich czasach robiliśmy imprezy 3-dniowe non-stop i wcale nie byłem zmęczony, o ile oczywiście było fajne towarzystwo płci przeciwnej! Szkoda zresztą tych czasów, ale teraz takie imprezki nie spotkałyby się ze zrozumieniem mojej żony... Pamiętam, że kiedyś jako młodziutki marynarz odważyłem się zapytać starego: - Panie kapitanie, dlaczego ma pan takie czerwone oczy?Miał rację... Nie jestem na mostku sam! W praktyce wygląda to więc tak, że tam, gdzie jest to bezwzględnie konieczne, rzeczywiście sam prowadzę statek, chociaż oczywiście na mostku obecny jest także oficer wachtowy. Fakt, że przejąłem prowadzenie statku nie zwalnia go od pracy, od wykonywania swoich obowiązków! Jest on obowiązany regularnie określać pozycję (i to nie tylko z GPS, ale także z radaru, namiarów itd.), kontrolować pracę urządzeń nawigacyjnych, prowadzić obserwację. Zawsze wymagam od oficerów, aby aktywnie uczestniczyli w pełnieniu wachty także wtedy, kiedy jestem na mostku. Tak więc de facto statek prowadzę wspólnie z oficerem wachtowym, tyle, że ja podejmuję decyzje odnośnie kursu, prędkości itd. On jest jednak jakby moim dublerem i ma nie prawo, ale obowiązek zwrócenia mi uwagi, gdybym się pomylił. Nie jestem na mostku sam, a więc moje zmęczenie, senność itd. jest również kontrolowana przez oficera wachtowego. Trzeba też wiedzieć, że oficerowie wachtowi zmieniają się co 4 godziny, a zatem przychodzą na wachtę wypoczęci. Powiem szczerze, iż czasem bardzo denerwował mnie moment, kiedy to oficer kończył wachtę i schodził sobie do kabiny. Wiedziałem, że za chwilę położy się w koi i będzie sobie smacznie spał, a ja musiałem nadal sterczeć na mostku. No, ale nikt nie kazał mi być kapitanem... Dla kogo kapitan jest zagrożeniem? Moje zaangażowanie w prowadzenie statku zależy też od kwalifikacji oficera wachtowego. Jeśli na mostku pełni wachtę doświadczony I oficer, często posiadający już kapitański dyplom, a ja znam go i wiem, że mogę mu zaufać, to wówczas jemu pozwalam prowadzić statek w trudnych sytuacjach, a sam tylko obserwuję i nadzoruję. Zdarza się nawet, że w tym czasie idę sobie pospać 2-3 godziny. Z reguły u siebie w kabinie, ale zdarzało mi się drzemać również na mostku. Wiedziałem, że wtedy wystarczy kilka sekund, aby mogli mnie obudzić. Trochę było mi wstyd jeśli chrapałem, ale trudno... Jeżeli jednak oficer wachtowy jest jeszcze prawie zupełnie "zielony" i ma małe doświadczenie, muszę prowadzić statek osobiście w dosłownym sensie. Nie oznacza to jednak, że w takich sytuacjach np. III oficer gapi się tylko przez okno sterówki albo ogranicza swoją pracę do wypełniania dziennika. Ja bardzo często pytam oficera, na jaki kurs mam wykonać zwrot, którą burtą mam minąć pławę itd. Po to, by ten młody człowiek uczył się, czuł się współodpowiedzialny za statek. Oczywiście jeśli powie mi jakąś bzdurę i widzę, że nie myśli, to wtedy jestem zagrożeniem! Dla niego! Nie znoszę bezmyślności i lekceważenia obowiązków. Miałem różnych oficerów na statkach. Na niektórych mogłem polegać prawie w 100%, innym nie ufałem wcale. Najbardziej jednak zawsze denerwowało mnie lekceważenie morza i bezpieczeństwa żeglugi, praca "na skróty", odbębnienie wachty bez żadnego zaangażowania. Zastanawiałem się i pytałem, po co ci ludzie wybrali taką pracę? Po co poszli na morze?! Zawsze jestem zagrożeniem dla tych, którzy uważają mnie za frajera, którego można oszukać. U mnie nie można udawać, że się pracuje! Być może czepiam się niektórych rzeczy, powtarzam czasem coś do znudzenia, ale to ja odpowiadam za statek. Nie jestem też "miękkim" kapitanem, który pozwala sobie wejść na głowę. Mogą mnie nie lubić, ale przecież nie muszą. A zatem u mnie na statku obecność starego na mostku wymaga być może jeszcze więcej uwagi i staranności, niż kiedy mnie tam nie ma. Ufam jednak, że potrafię czegoś nauczyć młodych oficerów, że to kiedyś im się przyda, kiedy będą już kapitanami. O wiele większym zagrożeniem jest, moim zdaniem, kapitan, który traktuje swoją pracę jako zło konieczne, który wpada w rutynę i nadmierną pewność siebie, albo którego po prostu nie ma, bo śpi albo popija sobie w kabinie. Zagrożeniem jest kapitan, który nie ma autorytetu, który nie interesuje się statkiem i załogą, uważa, że "jakoś to będzie", jakoś się uda dopłynąć. Czy można spokojnie zasnąć? Kiedy byłem marynarzem, asystentem, a potem oficerem, po swojej wachcie kładłem się spać i nie myślałem o tym, co dzieje się na mostku. Co dziwne, miałem też pełne zaufanie, że mogę spać spokojnie, że nic się nie stanie. I dzięki Bogu jakoś nic się nigdy nie stało. Teraz jednak, będąc kapitanem, nie potrafiłbym zasnąć spokojnie, gdybym wiedział, że tam na górze jest młody niedoświadczony oficer, a warunki nawigacyjne są bardzo trudne. Można to nazwać poczuciem odpowiedzialności, instynktem samozachowawczym czy jak kto chce, ale ja po prostu nie umiem lekceważyć swoich obowiązków. I to nie dlatego, że jestem taki wspaniały. Myślę, że każdy dobry kapitan podzieli mój pogląd. Załoga, którą mi powierzono, ma prawo ufać, że jestem dobrym kapitanem, a nie nieodpowiedzialnym smarkaczem. Ja muszę być fair wobec tych ludzi, umieć spojrzeć im w oczy. Jeśli ktoś powierza mi statek i ładunek wart kilkanaście albo kilkadziesiąt milionów dolarów, to nie mogę zawieść jego zaufania. Muszę być profesjonalistą. Zdarzało się, że nawet oficerowie mówili mi: - Niech pan kapitan pójdzie spać, ja dam sobie radę!Ale jeśli musiałem, to zostawałem na mostku i wiedziałem, że ten młody ambitny człowiek może na mnie liczyć. Być może na nic mu się nie przydam i rzeczywiście sam da sobie radę, ale jednak jestem. Jeśli nie było konieczności, nie wtrącałem się, nie odzywałem, nie zaglądałem mu przez ramię. Byłbym jednak nieodpowiedzialny wobec tego oficera i całej załogi, gdybym poszedł spać. Owszem, są takie momenty, kiedy marzę, aby położyć się w koi i sen wydaje się wtedy najważniejszy. Zdarzają się przypadki, kiedy człowiek stoi na mostki z gorączką, katarem, a zimno trzęsie nim jak w febrze. Miałem przypadki, kiedy ból zęba rozsadzał mi głowę. Kto jednak powiedział, że kapitanowi ma być lekko i łatwo? Są tacy, którzy mają gorzej. Moje refleksje dedykuję również wszystkim Kolegom - kapitanom jachtowym. Dobry kapitan nigdy nie śpi, kiedy załoga go potrzebuje. Ufam, że zgadzacie się ze mną. kpt. ż.w. Antoni Dudziński
|
|